22 September 2013

"Tractor Tractor, harvesting the wheat..."

Zaledwie w drugim tygodniu pracy okazało się że jedziemy w piątek do młynu z dzieciakami. Jechaliśmy jakoś z godzinkę do innego miasta i podjechaliśmy do młynu. Wszystkie dzieciaki były zaciekawione i już były ustawione w pary i gotowe na wycieczke. Niestety w czasie obchodu, Eva z którą pracujemy, mówiła po węgiersku dla dzieciaków cały czas więc ja z Liz mało sie nauczyłyśmy oprócz tego co widziałyśmy i sobie wydedukowałyśmy same. Ale i tak wycieczka była fajna bo mogłam widzieć jak twarze dzieci się rozjaśniały jak widziały prawdziwy młyn. Ciesze się że pracuje w miejscu gdzie jest to możliwe wziąść taki dzieci i pojechać z nimi na wycieczke gdzie możemy im pokazać coś prawdziwego a nie tylko opowiadać o tym. Oczywiśćie na koncu tego wszystkiego kupiliśmy chleb ze sklepiku obok młynu i pojechaliśmy nad małe jeziorko żeby dzieciaki podjadły trochę świeżego chleba i poturlały się z górki.

Barely in the second week of work it turned out that we were going to a mill on Friday with the kids. We drove for about an hour to another town and we arrived at the mill. Instantly all the kids were fascinated and as soon as we got off the bus they were paired up and ready for their trip. Unfortunately during the tour, Eva with whom we work with, spoke only in Hungarian to the kids, so Liz and I learned very little other than what we saw and could deduct ourselves. But I still enjoyed the trip because I got to see how the kids faces lit up when they saw a real mill. I'm glad I work in a place where it is possible to take trips like this with the kids where we can show them something real and not just talk about it. Of course at the end of the day we bought fresh bread from a store next to the mill and we drove to a small lake so the kids could eat the bread and tumble down the hill a bit.

Nasza grupka / Our group








Wąchamy mąke / Smelling the flour



Ziarenka zbieramy / Gathering seeds

Przy jeziorku / By the lake


Omawiamy kożenie / Discussing roots 

A reszta się turla / While the rest tumbles


Nie ma to jak domowe jedzenie/ Nothing like a home-cooked meal

Po całym dniu w pracy, tym jeżdżeniu w tą i w tamtą i autobusem i tramwajem i pociagiem, najchętniej bym poszła spać...ale najpierw obiad! :) Codziennie jak wracamy z pracy, czy razem czy osobno, plan na obiad już jakiś jest i zakupy albo są w domu albo wracając się kupuje. I pomimo tego że obie mówiłyśmy że nie lubimy za dużo gotować i nie jesteśmy jakimiś super kucharkami, to ja jestem w pełni zadowolona z naszych obiadów! Wymyślamy różniaste rzeczy i próbujemy robić własne wersje znanych dań, zwykle dlatego że no akurat nam brakuje boczku żeby zrobić Carbonare, ale i bez tego smaczna jest :)  A w piątek ja miałam wielki plan: upiec ciasteczka! Taką miałam chęć je zjeść ostatnio że pomyślałam sobie że to na pewno nie jest takie trudne żeby je sama zrobić! Więc namówiłam Liz żeby mi pomogła i zaczełyśmy robić! Tyklo tutaj się okazało że brakuje nam kilka rzeczy, jak druga duża miska, wałek, i piekarnik który ma więcej niż maksymalną temperature. Ale jakoś sobie dałyśmy radę, jak to my, i ciasteczku (po wielu próbach z czasem w piekarniku) wyszły pysznie :) Więc na razie żyjemy dość dobrze... Obiadki są pyszne i cieszy mnie ten czas kiedy wracamy z pracy i razem gotujemy coś zaczynając od tego że patrzymy w lodówke i myślimy co by się tutaj udało zrobić z tego co mamy :)

After a long day at work, including traveling this way and that in buses, trams, and trains, all I want to do is go to sleep...but first there's dinner! :) Every day when we come back home from work, whether it's together or separate, what's for dinner is already planned, with groceries either already at home or being bought on the way home. And although both of us said that we don't really like to cook a lot and aren't really master chefs, I am very thrilled at what we have made so far! We come up with the all sorts of meals and we try to make our own versions of well known dishes, usually because well we just don't have the bacon needed for the Carbonara pasta, but even without it it tastes delicious :) And Friday I had this great plan: to make sugar cookies! I had wanted to eat them recently and I thought that it can't be too hard to make them myself! I convinced Liz to help me and we began! Except that here is turned out we were missing some essential items, such as another large bowl, a roller, and an oven that didn't just bake on maximum temperature. But somehow we made it work as we tend to do and the cookies (after a few time trials in our lovely oven) turned out quite delicious :) So life is good for us right now.... The dinners are amazing and I quite enjoy the times when we get back from work and we cook something together, starting from looking in the fridge and seeing what we can come up with based on what we have :)


Pierwszy obiad / First dinner 



Meksykansie / Mexican 



Śniadanka / Breakfasts


Włoskie razem z chlebem czosnkowym własnej roboty / Italian including home-made garlic bread


Nasza jedna miska i druga zaimprowiowana / Our one bowl and our second impovised one 

Ciasto się chłodzi / The dough is cooling

Gotowe na pieczenie! / Ready for baking! 

Nasz sprzęt na wałkowanie i robienie ciasteczek / Our roller and cookie cutting tools 


Jak widać działa / As you can see it works


Tylko najlepsze wino ;) / Only the best wine ;) 


05 September 2013

Lizards

Chciałabym mieć jeszcze 5 lat. Te dzieci mają tyle zabawek i tyle fajnych zajęć że chciałabym dołączyć do nich. To przedszkole jest prywatne i sportowe co oznacza że jak się rok szkolny zaczyna to nie ma odpoczynku dla tych dzieci. Cały czas się ruszają - między zwanymi "circle times", zajęcia albo po angielsku albo po węgiersku, dzieci mają pływanie 3 razy w tygodniu po godzine, jeżdża na rolkach i na nartach na jesieni, mają jazde konną na wiosne, z 20 zaplanowanych wycieczek na samą jesień, wolny czas na zabawe, ah no i trzeba gdzieś tam wcisnąć 3 posiłki, i wszystko w ciągun7/8 godzin. Te dzieci robią bardzo dużo na codzień! Ale w sumie to jest prywatne sportowe przedszkole więc ma to jakiś sens. To jest zarówno przedszkole dwu-językowe, i zaczynam myśleć że każde takie jest, więc dużo rzeczy jest robione albo mówione po angielsku. Na szczęście my możemy dużo z tych rzeczy robić z tymi dziecmi więc też mamy z tego frajdę. Samo przedszkole jest piękne! Mają prywatny basen, i duży dla większych dzieci i mały dla tych maluchów które jeszcze muszą się nauczyć, i plac zabaw w ogródku gdzie dzieci mogą pobiegać i się wystarczająco zmęczyć na leżakowanie. Ah no tak, między tymi wszystkimi zajęciami dzieci mają zaplanowane 2 godzinne leżakowanie. To jest jedyny czas kiedy z Liz możemy się zorganizować, przygotować i odpocząć trochę. W każdym razie, jak szkoła wygląda to nie będe opisywała tylko można zobaczyć w zdjęciach. Ale mogę za to powiedzieć o tych fajnych rzeczach które są dodane do zajęć żeby dzień szybciej upływał. Na przykład, kiedykolwiek dzieci skończą coś jeść muszą powiedzieć po angielsku: "Skończyłem mój obiad (albo przeką skę). Czy mogę pójść umyć ręcę, umyć twarz, i umyć zęby?" I dopiero wtedy kiedy zostanie powiedziane że może odejść i cała woda zostanie wypita to dziecko może odstawić tależ i kubek. Kiedy dzieci idą spać, podchodzimy do każdego dziecka, bieżemy ich kołderke i ich przykrywamy, i śpiewamy tą piosenkę: "dobranoc Lily (na przykład), dobranoc Lily, dobranoc Lily, już czas zaśnąć." Całkowicie się zakochałam w tych małych angielskich zdaniach które pozwalają dzieciom poczwiczyć ich angielski, nauczyć się go, i dalej się bawić. 
Zanim zaczyełyśmy w poniedziałek, poszłyśmy w czwartek i piątek na kilka godziń żeby poznać dzieci, zobaczyć szkołe i poznać Éve, Pani z którą będziemy pracować i która mówi po angielsku dosyć dobrze. Podczas kiedy byłyśmy tam przez pierwsze dwa dni były tam dwójka chłopców Evy i najmłodszy był przesmieszny. Nazywał się Bendy, to jest skrót od Bendelous...ojcieć Atilly the Hun, co samo w sobie jest super :) Za każdym razem jak wychodziliśmy na dwór, on był zfasynowany jaszczurkami które biegały po ogródku. Kochał łapać te małe jaszczurki, ale skoro robił to często to jaszczurki zmądrzały i przestały schodzik do jego poziomu do sięgania. No i to spowodowało że Bendy nie był zadowolony z tej odległości, ale zamiast krzyczeć albo pójść i znaleść nowy hobby to on by po prostu usiadł na trawie w jednym miejscu i się patrzył. Mógł by tak tam siedzieć przez 10 minut zanim by się trochę zdenerwował, odwrócił do mamy i powiedział że nie widzi żadnych jaszczurek. Jak na pierwszy widok na węgierskie dzieci, to serce mi trochę stopniało dlatego że mogą być takie słodkie i spokojne dzieci. W poniedziałek zaczełyśmy pracę i mogłyśmy poznać większość dzieci z którymi będziemy przez następny rok. Są naprawdę dość niesamowite! Na razie mamy mniej więcej 12 i mamy nadzieje nie mieć więcej niż 18, bo wtedy to po prostu jest ich za dużo. Ja lubię naszą 12 bo ta grupa nie jest za duża, ale też nie jest za mała. Pomimo tego że pierwsze kilka dni wydają się długie i męczonce bo nigdy nie byłam wokół tyle dzieci w tym wieku przez tak długi czas, to widzę że ten rok minie bardzo szybko! Będzie pełen tyle fajnych rzeczy i śmiesznych historii że na 100% wiem że to nie będzie ostatni mój wpis :)


I wish I was still 5 years old. The amount of toys and the activities the kids are doing are so much fun that I wish I could join them. The preschool is private and it turns out that is a sports preschool, meaning once the school year starts, there is no rest for the kids. They are moving nonstop - in between circle times, either in Hungarian or English, they have swimming three times a week, skating and skiing during fall, horseback riding during spring, the 20 fieldtrips planned for fall alone, free time, oh and fitting some meals in between all of this, all in about 7/8 hours. There is so much these kids do! But then again it is a private sports preschool so I guess it makes sense. They also are a bilingual school, as I am beginning to think most schools are, so plenty of things are said or done in English. Luckily we get to do a lot of these activities with the kids so we get to enjoy them in a way too! The preschool itself is a wonderful place. They have a private pool, both for the bigger kids and a tiny one for the little kids, and a playground in the backyard that gives them plenty of room to run around and get tired for nap time. Oh right, in between all of their activities they have to fit a two hour nap time. This is the only time that Liz and I get to regroup, organize a bit and relax ourselves. Anyway, what the school actually looks like you can see in the pictures so I won't describe it. But I will say there are wonderful things that are set in place as rules or organizational tools that help the day go by. For example whenever the kids are done eating they have to raise their hands and when called on say exactly this: "I have finished my lunch (or snack). Can I go wash my hands, and wash my face, and brush my teeth?" And only once they have been excused and have drunk all their water they can leave. When the kids go to sleep, we walk around to each kid, take their blanket and cover them with it while singing "goodnight Lily (for example), goodnight Lily, goodnight Lily, it's time to go to sleep." I absolutely fell in love with these small English phrases that allow the kids to learn their English, practice it, and still have fun.
Before we started on Monday, we went or a few hours on Thursday and Friday to visit the children, see what the preschool is like and meet Éva, with whom we will be working with and who speaks English quite well. While we were there those first two days, Eva's two little boys were with us and the younger one really was a funny guy. His name was Bendy, which is short for Bendelous...father of Atilla the Hun which in itself is a pretty awesome name. Every time we went outside, he was fascinated by the lizards that would run around once in a while. He loved catching them, but since he did it so much the lizards got smart and stopped coming down to his reaching level. Well this made Bendy not too happy, but instead of yelling or finding a new hobby, he would just sit on the grass in one spot and look. He could sit like that for 10 minutes before he got a little upset, would turn to Eva and say that he can't see any lizards. As a first impression of Hungarian children, this made my heart melt a little at how sweet and calm some of them can be. On Monday we started work and we got to meet most of the kids we will be spending the year with. They are really quite awesome! We have about 12 so far and we are hoping to not have more than 18, because then there is just too many of them. I like 12 because thats a good group that isn't too big but also isn't too small. Although the first few days seem long and tiring because I have never been around children this young for this long during the day, I can see that this year will go by so quickly! It will be filled with fun things and so many funny stories that I'm sure this won't be the last post I write :) 
Entrance / Wejście





Cups and towels in the bathroom / Kubeczki i ręcznizki w łazience

Changing room / Przebieralnia


Nap time for the little angels / Leżakowanie dla małych aniołków

Liz got a new hairdo / Nowa fryzura Liz

Mi a foklalg....wait what??

While we were still in the hostel, every morning we had an hour of Hungarian to learn. It seems like not much but it really gave you a headache. Our teacher was a Hungarian Linguist, which in theory should make the class easier, but it didn't. The teacher was really good, but it was just too much for the first few days. I learned a few helpful things during these few days though, such as how to say my name, that I am a teacher, and that I am Polish and American. For those that don't know, "Én Kasia vagyok" means "My name is Kate", "Én tanár vagyok" means "I am a teacher", and "Én amerikai és lengyel vagyok" means "I am American and Polish" which explains the title of my blog, if you haven't already figured that out. Other than that I know only a few more words here and there. I know that the way you speak Hungarian is the way you write it which makes reading things a little easier. It allows me to wander the city and be able to read what I see around me. That of course doesn't mean I understand what I am reading, but at least I can read it which is nice :) On my quest to understand this langauge and to be able to experience this culture fully, I signed up for a language class with my new friend Darcy. The class started the first Tuesday I worked, it's only once a week, for an hour and a half each class but the teacher is amazing! I have only had one class so far but I already see that it will be worth while :) Now we shall see just how much I learn and can say by the end of the year ;)

Podczas kiedy jeszcze byliśmy w hostelu, codziennie rano mieliśmy godzine nauki języka węgierskiego. Wydaje się że to nie dużo, ale to naprawdę mogło Ci dać ból głowy. Nasza nauczycielka była lingwistką, co teoretycznie powinno ułatwić lekcje, ale tak to nie wyszło. Nauczycielka była dobra, ale to było po prosty za dużo na pierwsze kilka dni. Nauczyłam się kilka pomocnych zdań przez te kilka dni, jak na przykład powiedzieć jak się nazywam, że jestem nauczycielką, i że jestem amerykanką i polką. Dla tych którzy nie wiedzą, "Én Kasia vagyok" oznacza "Nazywam się Kasia, "Én tanár vagyok" oznacza "Jestem nauczycielką," i "Én amerikai és lengyel vagyok" oznacza "Jestem amerykanką i polką," co tłumaczy tytuł mojego bloga, jeżeli jeszcze nie było to wiadome. Oprócz tego to znam tylko kilka innych słów tu i tam. Wiem że mówi się po węgiersku tak jak się pisze co ułatwia czytanie. Pozwala mi to na to że mogę łazić po mieście i czytać co widzę wokół mnie. To oczywiście nie oznacza że rozumiem to czytam, ale przynajmiej mogę to przeczytać, i to jest miłe uczucie :) W mojej podróży do zrozumienia tego języka i do pełnej imersji w kulturze, zapisałam się na kurs języka węgierskiego z moją nową koleżanką Darcy. Kurs zaczał się w pierwszy wtorek mojej pracy, jest tylko raz w tygodniu przez półtorej godziny, ale nauczycielka jest super! Na razie miałam zaledwie jedną lekcje, ale już widzę że warto będzie :) Teraz zobaczymy ile się nauczę  i co będę mogła powiedzieć pod koniec roku ;)

Home Sweet Home

On Wednesday morning we were picked up by our Contact person (the person that was to be our connection between the program and the school.) and taken to our new homes. When we got up that day, Elizabeth and I thought we were going to Csomor, the city in which we are working in, but it turns out that we were actually living in Budapest and pretty close to downtown. This was a very nice surprise for us, and what was more I was surprised at how big the apartment is! It has three rooms so that both of us have a room to themselves and we still have quite a substantial living room. Everything looks quite new and in good working conditions so it was a nice way to begin our new year. The are blinds that cover every window, but these aren't the usual blinds, but ones that cover the windows from the outside so that at night when we close them there is no way of getting in. Makes sense since we live on the first story and someone can technically climb up our balcony and into our apartment. In the living room, there are so many shelves that are empty that we got a little sad that our home didn't seem as comfortable as we would like. This could only mean one thing: a trip to IKEA. The reason we chose IKEA is because we live about 4 tram stops or 15 minutes away from the store... meaning anything we would need for our home we can get quite quickly and in the convenience of a store we know :) So on our way back home from work we stopped in IKEA and got a few small decorations. We are going to call the landlady for some plants, as she offered to bring back the ones that used to be in the apartment. My room is quite big and spacious, although it has a funny angle to it. But since Liz's room is much smaller we decided to switch rooms halfway through the year so that each person gets a fair share of the big room. Another funny and cool thing is that the restroom is separate from the actual bathroom. Meaning the toilet is by the entrance but the sink, tub, and washing machine are down the hall quite a ways further. Seems natural to me in many European countries, but it makes me smile a little when I have to travel quite far, in theory, to wash my hands after using the toilet. Either way the apartment is lovely and we are glad to get this one. We are close to a  few buses that take us to downtown, the metro which is very much helpful, and a big square that has the IKEA and two big malls one older and one a newer version. All in all, it's our new home and it's quite nice to come back home from work to it :)

W środę rano byłyśmy odebrane przez osobę która jest naszym kontaktem między szkołą a programem i zostałyśmy zabrane do naszego nowego domku. Kiedy rano wstałyśmy, Elizabeth i ja myślałyśmy że będziemy mieszkać w miasteczku Csomor, gdzie pracujemy, ale okazało się że mieszkamy w samym Budapeszcie i to nawet dość blisko centrum! To nas mile zaskoczyło i co więcej to jak duże to mieszkanie okazało się być! Ma trzy pokoje, wiec każda z nas ma własny pokój i mamy dość duży salon. Wszystko wygląda nowe i wydaje się że działa bardzo dobrze więc to miły początek do naszego nowego roku. Są żaluzje które zamykamy na noc, ale to nie są takie zwykłe żaluzje, tylko takie które zakrywają okna od zewnątrz tak że nie ma jak wejść do środka jak już są zamknięte. Ma to sens skoto mieszkamy na pierwszym piętrze i teoretycznie ktoś może wejść nam do mieszkania przez balkon. W salonie mamy tyle pustych półek że razem z Liz zdecydowałyśmy że nasze mieszkanie wygląda tak smutno i nie zamieszkanie że musimy to zmienić. A to oznacza oczywiście tylko jedną rzecz: wyprawa do IKEA. Powód dlaczego wybrałyśmy IKEA to dlatego że mieszkamy z 4 przystanki tramwajowe od sklepu albo z 15 minut...co oznacza że możemy w każdej chwili pójść do sklepu żeby dokupić coś do mieszkania i w tym samym czasie znać sklep w którym kupujemy. :) Więc wracając z pracy wstąpiłyśmy do IKEA i kupiłyśmy kilka małych drobiazgów do mieszkania. Mamy plan zadzwonić do właścicielki mieszkania żeby dostać trochę rośliń które były w mieszkaniu poprzednio i ta Pani oferowała je oddać spowrotem. Mój pokój jest dość duży choć ma taki śmieszny kąt przy oknie. Ale skoro pokój Liz jest o wiele mniejszy to zdecydowałyśmy zamienić się pokojami w połowie roku żeby każda osoba dostała po równo czasu w dużym pokoju. Następna fajna i troche śmieszna rzecz to że ubikacja jest osobno od łaźienki. Znaczy się że kibelek jest przy wejściu a umywalka, wanna, i pralka jest zza korytarzem dość dalej. Wydaje się to dość naturalne dla mnie w krajach w europie, ale i tak zawsze trochę się uśmiechnę że muszę przelecieć pół mieszkania żeby umyć ręce. W każdym razie, mieszkanie jest naprawdę ładne i cieszymy się że dostałyśmy takie w takiej super lokalizacji. Jesteśmy blisko do kilka autobusów które nas zabierają do centrum, metro które jest bardzo pomocne i szybkie, i duży plac gdzie mamy IKEA i dwa duże mall-e, jeden stary i jeden nowy. Ogólnie, to jest nasz nowy domek i cieszymy się jak wracamy do niego po całym dniu pracy. :)

Entrance / Wejście

Living room from entrance view / Salon z punktu widzenia wejścia

Dining table / Stół

My colors / Moje kolory

Kitchen / Kuchnia

Bathroom / Łazienka

My room / Mój pokój

Our IKEA decorations / Dekoracje z IKEA

Balcony / Balkon

















IKEA